wtorek, 11 września 2012

Fuji-san, ep.2


Etap VI: Hachigoume --> Hakuunsou


Siedzimy więc sobie na ławkach przed ósmą stacją. Zmęczeni okrutnie (przynajmniej ja), zmarznięci i mokrzy - ale za to podbudowani świadomością bliskości "schroniska", w którym zarezerwowaliśmy wcześniej miejsca. Ta sama świadomość każe nam w końcu ruszyć w dalszą drogę. Żadne z nas nie ma pojęcia, w którym dokładnie miejscu się to schronisko znajduje, więc po prostu idziemy przed siebie. Bez kalkulowania w myślach, ile mogliśmy już przejść, a ile jeszcze nam zostało...


Trasa jest o wiele przyjemniejsza niż odcinek między siódmą a ósmą stacją - choć i tak cieszy nas każdy kolejny, dostrzeżony w oddali budynek, który może być naszą "końcową" stacją. Kilkakrotnie jesteśmy przekonani, że to już na pewno ten! i wypatrujemy na szyldach zapamiętanych ze strony internetowej kanjów. Bezskutecznie. Mijamy kilka takich fałszywek, aż w końcu, kiedy zupełnie przestajemy o tym myśleć, docieramy na miejsce. Napis na drzwiach głosi: 白雲荘.

Etap VII: Hakuunsou


"Miejsce" w "schronisku" to trochę za dużo powiedziane. Dostajemy w zasadzie kawałek podłogi na poddaszu - na szczęście w pakiecie z karimatą i śpiworem. Płacimy za tę przyjemność 5500 jenów od łebka, w związku z czym, po raz pierwszy od mojego przyjazdu tutaj (i nie ostatni, jak dowodzi parę ostatnich dni...), oficjalnie bankrutuję. No ale. Miejsce do spania mam, zapas kanapek też, autobus powrotny jest już opłacony, a Daniel ma to swoje stypendium - znaczy się, z głodu nie umrę, dotrę z powrotem do I-Housu i nie mam czym się martwić. 

Teraz, kiedy nie jestem już zgrzana i zmęczona wspinaczką, powoli robi mi się zimno. Zaczynam nie tylko wiedzieć, ale też czuć, że mój T-shirt jest całkowicie mokry. Sięgam do plecaka po bluzkę, w którą zamierzam się przebrać... A tu zonk. Zawartość plecaka wcale nie jest mniej mokra niż to, co mam już na sobie. Ratuje mnie golf, który dostałam jakiś czas temu od Cecci, a teraz - zupełnie nie wiem czemu - Daniel odkrywa go w swoim plecaku. Błogosławię w myślach oboje - i Ceccę, i Daniela - i z ulgą przebieram się wreszcie w coś suchego. Dostaję też Danielowy sweter, który miał robić za ręcznik, kiedy Daniel łudził się jeszcze, że na miejscu będzie można wziąć prysznic. Cóż - prysznicu brak, toalety są na zewnątrz; wskakuję więc w sweter i próbuję się rozgrzać. Wypijamy jeszcze po zupie z gatunku gorąco-kubkowego (drobne 500 jenów za kubek...) i idziemy na górę, spać.

Schronisko znajduje się na wysokości, bagatela, 3500 metrów. Jest drewniane. Nieogrzewane. Na zewnątrz wieje wiatr. 
Jednym słowem: zimno jest. 
Zaczynam się trząść. Do tego stopnia, że aż z nostalgią myślę o Kioto. Jak to możliwe, że było mi w nim za gorąco? Jak w ogóle gdziekolwiek może być za gorąco???
Budzę się dwie godziny później i nadal się trzęsę. Może zresztą właśnie to moje własne szczękanie zębami wybudza mnie ze snu. Daniel przytomnieje na chwilę i przejawia lekkie zaniepokojenie. Całe szczęście, że jestem tak zmęczona - senność bierze górę nad chłodem i zasypiam ponownie, kuląc się w śpiworze.
Kolejnym razem, około 19, budzi mnie natychmiastowa potrzeba zwiedzenia toalety. Nareszcie jest mi ciepło. To znaczy, póki co - bo toaleta jest na zewnątrz, więc zapewne po wyjściu na dwór znów będę zamarzać. Ale nie ma rady... Budzę Daniela i razem wychodzimy ze schroniska. ZIMNO! Ale... Ale...
Ale za to jest już ciemno - i jak pięknie wyglądają wszystkie te miejskie światła w dole...


Zimno nie daje nam długo podziwiać widoków. W ekspresowym tempie zwiedzam toaletę i wbiegam z powrotem do schroniska.


A że spaliśmy oboje około pięciu godzin, nie chce nam się już szczególnie wracać do śpiworów. Siadamy więc sobie na dole, rozmawiamy i nastrajamy pozytywnie na dalszą część wycieczki. Dostajemy nawet darmową herbatę...


W końcu wracamy na górę. Ponieważ jesteśmy beznadziejnie nieoryginalni i marzy nam się obejrzenie wschodu słońca ze szczytu góry Fuji (ok... raczej mi niż nam), nastawiam budzik na trzecią. Daje nam to jakieś dwie godziny - powinno starczyć na wejście na szczyt. Zasypiamy.

Budzi mnie najbardziej znienawidzony przeze mnie dźwięk. Gorszy nawet niż budzik Haruto. Czyli szelest worków foliowych.
Szelest trwa i trwa, więc rozbudzam się zupełnie i dociera do mnie, że śpiący dookoła nas Japończycy szykują się już do wyjścia. Patrzę z niepokojem na komórkę. Budzik mi nie zadzwonił? Ale nie - jest dopiero po drugiej, czasu powinno być jeszcze sporo. Co oni wyrabiają?
Próbuję spać dalej, ale worki szeleszczą, a Japończyki coraz mniej robią sobie z tego, że nie są na tym poddaszu sami. Gadają i gadają - najpierw szeptem, potem już prawie normalnie. Żeby jeszcze szybko im to poszło! Ale gdzie tam; grzebią się gorzej, niż moja siostra przed wyjściem do szkoły.
Odwracam się do Daniela i widzę, że też nie śpi.
A: Co oni wyrabiają?!
D: ...szykują się do wyjścia?
A: No tak, ale czemu już teraz? Mamy jeszcze spokojnie godzinę czasu...
...
(20 minut później)
D: No, to już wiesz, czemu już nie śpią. Jak przygotowanie się zajmuje im 40 minut...
A: Uhm. Albo będą szli tymi swoimi tip-topami.
...
(10 minut później)
A: Wydaje mi się, że nasi sąsiedzi mogą szykować się na ekspedycję na biegun polarny...
...
(5 minut później)
Japończyk: Ej, mam założyć ten płaszcz? Nie wiem... Nie będzie za gorąco? A bez niego nie będzie za zimno? A nie jest mokry? A może będzie w nim ciepło? A może chłodno?
A (zaczyna śpiewać pod nosem): Kiedyś kupię nóż i powyrzynam wszystkich wkoło...
Daniel parska w śpiwór. Japończycy, ku mojemu zaskoczeniu, momentalnie milkną - zupełnie jakby zrozumieli złowrogie przesłanie piosenki. Nie wiem, czy dopiero teraz odkryli, że nie śpimy, czy zdziwił ich sam fakt śpiewania, czy może dosłyszeli z grubsza słowa i odkryli, że to nie po angielsku? I przez to ich tak wcięło? Gaijin, który nie jest Amerykaninem, to już dla niektórych zbyt duże kuriozum...
Tak czy inaczej, zamykają się w końcu i nawet stosunkowo szybko ewakuują na parter. Jeden z nich odwraca się po drodze i rzuca w naszą stronę:
 - Sumimasen deshita!
Czyżby któryś z nich naprawdę znał polski i zrozumiał tekst? Melodia brzmi przecież tak niegroźnie...

Jest już trzecia, więc my też wstajemy i po dwuminutowym przyszykowaniu schodzimy na dół. Myśl o wyjściu na zewnątrz przeraża mnie - zwłaszcza, kiedy patrzę na zakutanych w kilka szalików Japończyków. Ja nie nadaję się na podróż na biegun polarny, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Z niepokojem wychodzę na dwór i...


Etap VIII: Hakuunsou - szczyt!


...i zachciewa mi się śmiać. Jest ciepło! Wiatr ustał, więc jest o wiele, wiele przyjemniej niż za dnia...
Właściwie to nawet nieco współczuję tej ekipie od bieguna polarnego. Nieźle się zgrzeją po drodze.

Ponieważ jest ciemno, a my nie mamy latarek, staramy trzymać się blisko Japończyków. Bo oni latarki, rzecz jasna, mają - absolutnie wszyscy. Początkowo idzie się miło. Widoki są przepiękne, zupełnie jak w kołysance: w górze tyle gwiazd, w dole tyle miast... Mijamy ostatnią noclegownię, czyli stację 8,5 i pniemy się wyżej. Aż docieramy do miejsca, w którym zaczyna się korek.

Od tej pory wspinamy się w rządku. Woooolnoooooo. Dwa kroki do przodu - pół minuty stania; dwa do przodu - pół minuty stania. Tempo jest, delikatnie mówiąc, żółwie. Mi to akurat jakoś szczególnie nie przeszkadza, przynajmniej na początku. Oddech mi się uspokaja, robię zdjęcia widokom i grzecznie, powoli posuwam się do przodu. Gorzej z Danielem, który zaczyna trochę podmarzać.


W końcu zaczyna powoli widnieć - i od tego momentu mój filozoficzny spokój stopniowo ustępuje miejsca niecierpliwości i irytacji. Zaczynam się obawiać, że w taki tempie nie zdążymy na szczyt przed wschodem słońca. Co jakiś czas wymijam więc pojedynczych Japończyków. Najgorsze są wycieczki: liczne, głośne i jeszcze wolniejsze niż reszta. Aż włosy jeżą mi się na głowie z przerażenia, kiedy uświadamiam sobie, że Fei koniecznie chciała wspinać się na Fuji właśnie z wycieczką i mało brakowało, a też bym w tym wylądowała... 


Ostatecznie ktoś zabiera się za jako takie zorganizowanie ruchu wspinaczkowego. Ludzie wlekący się w żółwim tempie są proszeni o poruszanie się tylko lewym "pasem"; prawy ma być wolny dla tych, którym się spieszy. Oczywiście w praktyce niewiele z tego wynika, ale spora część ludzi przyspiesza i zaczyna naprawdę wymijać tiptopowców. Ja też. Co jakiś czas gubimy się z Danielem w tłumie; skaczę po kamieniach, w pewnym momencie wręcz wdrapuję się na nie na czworakach, przecieram rękawiczki i usiłuję nie roztrzaskać aparatu o jakąś skałę.

Ale wszystko to staje się nieważne, kiedy docieramy wreszcie na szczyt. Przekraczamy bramę torii, siadamy na kamiennym "murku" i wiemy, że zdążyliśmy. Teraz pozostaje nam tylko czekać na słońce...


Doczekujemy się. I o ile nie lubię zachwycać się czymś, czym niby "powinnam", czym "wszyscy się zachwycają", o ile sakura nie zrobiła a mnie większego wrażenia, a od głównych japońskich świątyń wolę te mniejsze, których się tak nie reklamuje... Mimo tego podejścia muszę przyznać: wschód słońca widziany z góry Fuji jest naprawdę piękny. Naprawdę warto było marznąć, męczyć się i wydać 5500 jenów za nocleg na kawałku podłogi. Zresztą, proszę bardzo - dowody rzeczowe...


Prawie 4000 metrów n.p.m.!


Pozostaje nam wspiąć się jeszcze maleńki kawałek i rozejrzeć po okolicy. Biznes na szczycie kwitnie. Zmarznięty Daniel kupuje po puszce gorącego kakao, które służy nam nie tyle do picia, co raczej do ogrzania dłoni. Ja odkrywam stoisko z pocztówkami; wybieramy po jednej i usiłuję dogadać się ze sprzedawcą, który uparcie mówi do mnie łamaną angielszczyzną. Ja do niego po japońsku, że poproszę te dwie pocztówki, a ten mi na to sikkusu handuretto yen... Panika mnie ogarnia w takich momentach, bo nijak nie mogę skojarzyć, jakimi znakami się to pisze. A bez znaków japoński ciężko zrozumieć... Aaaa, to po angielsku miało być?

Zanim zaczniemy schodzić ze szczytu rozglądamy się jeszcze chwilę. Robię sesję zdjęciową krateru i próbuję jakoś ogarnąć myślami fakt, że stoję właśnie na wulkanie.


Etap IX: Szczyt --> Gogoume


Kto mnie zna choć trochę od wspinaczkowej strony, ten wie, że schodzenie ze szczytu jest dla mnie dużo gorsze niż wchodzenie. Jedyną zaletą schodzenia jest to, że mogę normalnie oddychać i nie męczę się aż tak "wysiłkowo". Za to idzie mi to wolno, w połowie wysiadają mi kolana i ani na chwilę nie daję mięśniom odpocząć - bo ciągle jestem przekonana, że lada chwila się przewrócę, więc się na to przygotowuję. Tym razem jest nie lepiej. Droga jest dość nudna - ot, znów skos w lewo, skos w prawo, skos w lewo, skos w prawo... Na szczęście nie musimy schodzić w dół po kamieniach, po których dzień wcześniej się wdrapywaliśmy. Ale droga jest pełna drobniejszych kamieni, które kulają się po stoku i niezbyt miło wgniatają się nam w stopy. Półbuty, choćby i sportowe, średnio się nadają do wspinaczki. Danielowe tenisówki tym bardziej.


Im niżej jesteśmy, tym cieplej się robi. Zaczynam tęsknić za orzeźwiającym chłodem na szczycie i powietrzem, którym bez problemu można oddychać... W końcu chowam się za buldożerem (czy co to tam było...), który stoi na jednym z zakrętów i przebieram się z powrotem w T-shirta. Pod czujnym okiem stojącego nieopodal Japończyka - który wprawdzie wcześniej sprawiał wrażenie, jakby chciał wrócić na główny szlak, ale gdy tylko zobaczył mnie z bluzką w ręku zamarł w bezruchu i nawet nie próbował udawać, że nie patrzy. Cóż. Bywa. Nie spędzę przez niego całego dnia w golfie...


W końcu docieramy do piątej stacji. Daniel odkrywa, że jego tenisówki nie mają już pięt, a ja zastanawiam się, czy kiedykolwiek uda mi się doczyścić buty. Mamy jeszcze chwilę do autobusu, idziemy więc do pobliskiego chramu. W przyświątynnym (przychramowym?) sklepiku znajdujemy nawet magnesy i trójwymiarowe modele góry Fuji, dokupujemy więc po jednym do naszych kolekcji...


Etap X: Gogoume --> Kawaguchiko


Autobus nie przyjeżdża. Nikt nie wie dlaczego. Siedzimy w pełnym słońcu; ruszyć się nigdzie za bardzo nie możemy, bo musimy przecież trzymać miejsce w kolejce. Po godzinie Daniel jest czerwony jak burak, a ja siedzę ze swetrem na głowie i czuję, że zaraz padnę. W końcu przyjeżdża... Ludzie rzucają się do środka bez większego ładu i składu. Nie zupełnie chaotycznie, ale też nie tak grzecznie i w kolejności jak zazwyczaj. Udaje nam się wepchnąć i wprawdzie musimy stać, ale przynajmniej zabieramy się w pierwszej partii. Z ulgą docieramy do Kawaguchiko.

Co robią w Kawaguchiko muzykanci z Bremy...?

Do przyjazdu autobusu mamy jakieś 8 godzin. Na dobry początek idziemy do pizzerii, którą widzieliśmy po drodze i napełniamy żołądki czymś innym niż kanapkami; w konbini kupujemy też deser, czyli the best ice creams ever... I nie bardzo wiemy, co ze sobą dalej zrobić. Moje nogi gotują się w dżinsach. Daniel uruchamia mózg i wnioskuje z nazwy miejscowości ("Jezioro u ujścia rzeki"), że gdzieś w pobliżu musi znajdować się jezioro. Znajdujemy je bez większego problemu... I spędzamy nad nim resztę dnia. Jest, niestety, niezbyt dzikie, więc o zdjęciu spodni nie ma mowy - choć i tak podwijam je i zamaczam nogi w jeziorze - ale przynajmniej czuć przyjemny chłód od wody. Wieczorem zaczyna wręcz robić się dość rześko.
A poza tym... Ładnie jest.


Zmęczona jestem i zasypiam na ławce. Kiedy się budzę, jest już wieczór. Spędzamy nad jeziorem jeszcze ostatnią godzinę-dwie.



Aż w końcu doczekujemy się. Wracamy na dworzec; wybija godzina zero i na przystanek podjeżdża nasz autobus, który zabiera nas prosto do Kioto...

 
Drogi nie widzę. Śpię. Bez przerwy.

Epilog: Z powrotem w Kioto.


W Kioto jest gorąco. Powietrza brak.
Autobusu z Kokusai-kaikanu, niestety, też. Jest za wcześnie.
Wracamy więc pieszo. Znów pływam. Ale idę, najszybciej jak mogę. Motywuje mnie głównie świadomość tego, że im później się zrobi, tym będzie goręcej. Póki co jest dopiero siódma rano...
Och, Kioto, no weź, idź na górę Fuji! - złości się Daniel.
Ha! Chciałoby się...

5 komentarzy:

  1. Co oznacza "Sumimasen deshita" bo w słowniku nie znalazłem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Bardzo przepraszam". Zaraz dodaję do słownika.

      Usuń
  2. Rewelacyjny blog, będę zaglądał zdecydowanie częściej!

    lipoooo.blogspot.com - zwiedzić świat za darmo..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba - w takim razie serdecznie zapraszam :)

      Usuń
  3. Zjawiskowo! (*___________*)

    Haha, ale z tą piosenką, no wiesz, może jednak brzmiała złowrogo xD haha, dobre xD

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę o podpisywanie komentarzy. W jakikolwiek sposób. Dziękuję :)