wtorek, 18 grudnia 2012

Paczka!

Przyszła do mnie w niedzielę (to tu poczta działa w niedzielę???) mała niespodzianka...


Mało brakowało, a Gwiazdor zostałby natychmiast pożarty - ale jakoś udało mi się powstrzymać. Póki co oszczędzam go do Świąt :).


Poza stertą słodyczy znalazłam w środku dwie (!) kartki świąteczne. I nawet opłatek dostałam...!


Daniel, próbujący rozgryźć zawartość kartki ;).



A że dzień później Daniel dostał też swoją paczkę (bardzo dziękuję za życzenia!), która poza słodyczami zawierała też chleb (!!!), to zjedliśmy dziś prawdziwe śniadanie. W roli głównej wystąpił chleb pełnoziarnisty z kindziukiem, w rolach pobocznych - jajka i oliwki. Do tego herbata piernikowa. Tak świątecznie, zamiast prawdziwych pierniczków.
A wczoraj obejrzeliśmy "Listy do M." - bo udało mi się ściągnąć do nich angielskie napisy. Niektóre tłumaczenia bardzo nam się podobały. Takie "na jakimś wypizdowie" jako 'in the middle of nowhere', na przykład. Chociaż pojęcia nie mam, jak można by to lepiej przetłumaczyć... Wspaniały film. I tylko przykro się robi, że tu magii świąt w ogóle nie czuć.

A w ogóle to nic mi się dziś nie chce. Nie poszłam na zajęcia (bo nudne to i głupie). Posiedzę w domu i w końcu poczytam, o. Biblioteka będzie mi wdzięczna.

Kochana rodzino, dziękuję!

środa, 12 grudnia 2012

Miyajima

Krótko po naszym powrocie z Hiroshimy przyszedł do nas Christian, chcący wypytać nas o wrażenia, i powiedział, że wybiera się tam z koleżanką w najbliższy weekend.
 - A zobaczycie też Miyajimę? - spytałam.
 - Nie wiem... A co to jest? Chciała zobaczyć parę miejsc, ale nie pamiętam nazw...
 - To taka niewielka wyspa, leżąca na południe od Hiroshimy... - zaczął Daniel, ale przerwałam mu w połowie.
 - Wielkie torii w wodzie? - strzeliłam.
Christian natychmiast się ożywił.
 - A, to! Tak, koniecznie chciała tam pojechać!

No więc właśnie. Naszego drugiego dnia w Hiroshimie, po zwiedzeniu zamku etc., popłynęliśmy na Miyajimę. I chociaż naprawdę jest to niewielka wyspa położona na południe od Hiroshimy - do wejścia na prom można bez problemu dojechać (pod)miejskim tramwajem - to chyba te opisy są w tym przypadku zupełnie niepotrzebne, bo nawet osoby, które mają o Japonii blade pojęcie, gdzieś się już na ten obrazek natknęły. A nawet jeśli nie, to zdjęcie mówi samo za siebie...



Miyajima, nazywana też Itsukushimą, słynie właśnie z tego gigantycznego torii i Itsukushimy-jinji - chramu zbudowanego na palach, przez część dnia również stojącego w wodzie. Pływy są tam dość silne, więc od pory dnia zależy, czy uda nam się zobaczyć zamoczony chram, czy raczej podejść aż do samej bramy torii. My dotarliśmy tam w czasie odpływu i o ile na początku woda jeszcze jako tako się trzymała, o tyle późnym wieczorem ludzie robili już sobie zdjęcia pod bramą.
Miyajima to też jeden z "Trzech najpiękniejszych widoków Japonii", obok Ama-no Hashidate i Matsushimy (która znajduje się w regionie Touhoku, więc nikogo tam za bardzo nie ciągnie). I chyba faktycznie zasługuje na miejsce na tej liście. To jedno z piękniejszych miejsc, jakie tu odwiedziłam; w dodatku można odnieść wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Atmosfera jest naprawdę niezwykła. Jeżeli jesteście w Japonii i macie szansę tam pojechać - jedźcie. Nie będziecie żałować.

Jako że jest to wyspa, po wyjściu z tramwaju trzeba przesiąść się w prom. Nasz, popołudniowy, był już mało zatłoczony i spokojnie mogliśmy podziwiać z niego zbliżającą się wyspę.


Wejście na prom...

...i parę widoków z promu.


 



Dotarliśmy na miejsce stosunkowo późno - dopiero około godziny 16 - co miało i dobre, i złe strony. Udało nam się uniknąć całego wielkiego, turystycznego tłumu, który właśnie kończył zwiedzanie i kierował się dokładnie w przeciwną stronę niż my. Z drugiej strony, miejscowe świątynie zamykane są wczesnym wieczorem, zobaczyliśmy więc tylko najważniejszy chram, Itsukushima-jinję. Szybko zaszło też słońce i wprawdzie zrobiło się dzięki temu nastrojowo, ale poza głównymi ulicami niewiele dało się już zobaczyć. No i zimno było...! 

Swoją drogą: na Miyajimie, podobnie jak w Narze, roi się od danieli. Porozstawiane wszędzie znaki ostrzegają, żeby nie dać się zwieść, bo to jednak dzikie zwierzęta i zawsze mogą człowieka ugryźć albo kopnąć - ale, podobnie jak w Narze, nikt nic sobie z nich nie robi. Daniele na Miyajimie również są nieco ospałe i wyrozumiale pozwalają się głaskać i fotografować ze wszystkich stron. Podejrzewam, że turyści mocno kojarzą im się z jedzeniem; nie widziałam wprawdzie sklepików ze specjalnymi "ciasteczkami" dla nich, których w Narze jest pełno, ale to nie znaczy jeszcze, że ich nie ma...

W każdym razie, na początek ruszyliśmy w stronę Itsukushimy-jinji.


 











niedziela, 9 grudnia 2012

Arashiyama

Mało brakowało, a zrezygnowalibyśmy z wczorajszego wyjazdu na Arashiyamę. Postanowiłam jednak nie dać się choróbsku; w ostatniej chwili (o ile chcieliśmy zobaczyć jeszcze cokolwiek za dnia...) postanowiliśmy, że jedziemy, cudem zdążyliśmy na autobus i trochę ponad pół godziny później byliśmy już na miejscu. I bardzo się cieszę, że się na to zdecydowaliśmy. Zobaczyłam jeszcze resztki momiji, nocne oświetlenie było bardzo nastrojowe, a pielgrzymka do bambusowego lasu robiła niesamowite wrażenie. I pięknie było. Ot co.

Arashiyama, czyli "Góra Arashi" (albo nawet "Burzowa Góra", jakby się ktoś uparł), znajduje się na zachód od Kioto, mniej więcej na wysokości Shijo. Słynie z pięknego, jesiennego momiji, parku małp (phi, małpy to ja mam pod domem...), paru świątyń i chramów (w których nie byłam), bambusowego lasu, a od wczoraj (jako, że momiji się skończyło, więc trzeba zachęcić odwiedzających czymś innym...) odbywa się tam raito appu. Czyli light up. Czyli podświetlenie. De facto oświetlony jest tylko jeden brzeg rzeki i las bambusowy, ale pozostałe miejsca są udekorowane latarenkami, lampionami, gdzieniegdzie nawet lampkami choinkowymi - jest więc bardzo nastrojowo i przyjemnie się tamtędy spaceruje. Pomijając temperaturę i stan moich butów ;).

Nie będę się dziś rozpisywać, bo zdjęcia mówią same za siebie. Było magicznie.








A tak robi się raito appu






piątek, 7 grudnia 2012

Sanjusangendo & Nijo-jo

Choć ciężko mi w to uwierzyć - nadszedł grudzień. Nawet w Kioto, o wiele cieplejszym od Polski, daje się to powoli odczuć. Przerzuciłam się na zimowy płaszcz, dziś rano ubrałam nawet czapkę, a w drodze na uczelnię minęłam zamarzniętą kałużę. Nagłe ochłodzenie najwyraźniej zaskoczyło również mój organizm, który chyba nieco się przeziębił. Całe szczęście, że nadal mam zapas Fervexów, którym mogłabym obdzielić pół I-Housu! W dodatku mam przed sobą 2,5 dnia weekendu; nigdzie nie muszę iść, niczego nie muszę robić, więc mogę sobie przez ten czas smarkać do woli. Chociaż i tak mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie. Szkoda czasu na leżenie w łóżku :).

Zima nastała również na moim blogu. Powoli zbliżają się święta, więc i szablon stał się śnieżno-choinkowy...

Z wiadomości lokalnych: otworzyli nam w okolicy Seven Eleven. Właściwie prawie naprzeciwko Mini Sutoppu. Oczywiście teraz, kiedy mam go pod nosem, nie wydaje mi się już nawet w połowie tak interesujący, jak wtedy, kiedy najbliższym był ten koło Myomanji... Jedno, co dobre, to że jest w nim bankomat, który obsługuje gajdzińskie karty. Ja z mojej, co prawda, i tak nie korzystam, ale Danielowi się to przyda. Czyli mi, pośrednio, też ;).

Zabiegany listopad dobiegł końca i nareszcie mogę trochę odpocząć. Nie oznacza to, oczywiście, że zamierzam nic nie robić - przeciwnie, planuję wykorzystać ten czas tak aktywnie (ale i przyjemnie!) jak się tylko da. Jednym z głównych punktów programu jest intensywne, grudniowe zwiedzanie; kombinujemy jakąś wycieczkę noworoczną (chodzi nam po głowie Nagasaki, tak do kompletu), chcemy raz jeszcze pojechać do Uji, na Arashiyamę, myślę też ciągle o pobliskiej Kurama-derze, a gdzieś jeszcze fajnie byłoby upchnąć Ise... Uczelnia wyraźnie sprzyja moim planom - grudzień, w przeciwieństwie do listopada, jest śmiesznie wolny, pełen poodwoływanych wykładów i właściwie poza regularnymi zadaniami domowymi i testami z japońskiego (pffff) oraz prezentacją dla K.-sensei (to już mniejsze pffff, ale w sumie mam ją już prawie gotową) niczym szczególnie nie muszę się przejmować. 
Sprzyjają moim planom również zajęcia z religii, w ramach których mieliśmy w tym tygodniu field trip ("zajęcia w terenie"/wycieczkę) do kiotyjskiej świątyni Sanjusangendo. A później - do kiotyjskiego zamku Nijo, który od dawna figurował na mojej liście 'to see'
Dziś skupię się na środowej wycieczce. Choć mam nadzieję, że uda mi się jeszcze wrócić do Hiroshimy i okolic...

Sanjusangendo to buddyjska świątynia, słynąca z tysiąca znajdujących się w niej posągów Kannon, bodhisattwy miłosierdzia. Plus jednego gigantycznego. Gigantyczny/a Kannon siedzi na środku świątyni, a po obu jej (hmm, najwyraźniej w mojej głowie Kannon na stałe jest już kobietą...) stronach stoją rzędy mniejszych, tysiącrękich Kannon (które tak naprawdę wcale nie mają tysiąca rąk, tylko koło 40 - i trudno się dziwić, komu chciałoby się rzeźbić tysiąc rąk?! Chociaż takie podobno też istnieją...). Widok jest niesamowity i właściwie aż szkoda, że dziś Sanjusangendo jest zamkniętym pawilonem, który zwiedza się od środka, a nie podziwia z zewnątrz - to dopiero musiałoby robić wrażenie. Zwłaszcza przy padającym na posągi słońcu - wszystkie Kannon są pozłacane...









sobota, 24 listopada 2012

Listopad aka Maintenance Day

Miało być o czymś innym. Miała być druga część drugiego dnia w Hiroshimie i jej okolicach. Ale Blogger odmówił współpracy i, bezczelny, nie pozwala mi dodawać zdjęć. Twierdzi, że wykorzystałam już cały bezpłatny limit miejsca na Picassie. To ja mam jakiś limit na zdjęcia? Mam w ogóle Picassę? No proszę, proszę, czego to się człowiek nie dowie...

Obecnie jestem w trakcie porządkowania mojej świeżo odkrytej Picassy. Dobra wiadomość jest taka, że pododawały mi się do niej wszystkie zdjęcia, które kiedykolwiek załadowałam na Bloggera, nie tylko dodałam. A że na początku, zanim zaczęłam zdjęcia stemplować, zaokrąglać im rogi i wyczyniać z nimi inne cuda, miałam w zwyczaju ładować zdjęcia całymi folderami i dopiero potem wybierać z nich te, które chcę opublikować... To moja Picassa jest pełna zdjęć, które do bloga nie są mi absolutnie potrzebne. Czasem pododawanych nawet dwu-trzykrotnie. Więc spokojnie mogę zwolnić miejsce na nowe zdjęcia.

Złych wiadomości jest trochę więcej.
Po pierwsze, zdjęć "japońskich" mam (a raczej miałam, bo sporo już powyrzucałam...) ponad tysiąc, więc czeka mnie trochę pracy.
Po drugie, na początku nie bardzo ogarniałam, które zdjęcia są mi do bloga potrzebne, a które nie, więc w niektórych postach w miejscach fotografii i filmików pojawiły się czarne dziury. Wiem, że zepsułam pierwszy post z Okinawy - i mam nadzieję, że na tym koniec. Ale jeśli jeszcze gdzieś natkniecie się na czarne kwadraty, to proszę, dajcie mi znać. Z wyjątkiem filmików z vloga Kathy - wiem, że spora część z nich już nie działa, ale na to nie mam wpływu.
A po trzecie, Picassa ma jakiś opóźniony zapłon, bo co prawda zdjęcia pousuwałam już w ilościach hurtowych, ale ona nadal twierdzi, że nie mam wolnego miejsca. Więc nie mogę naprawić dziur. Ani napisać posta, którego zaczęłam pisać w nocy.

Więc zamiast nadrabiać Hiroshimę i wklejać piękne zdjęcia, będę dziś nudzić. Parę słów o dobiegającym już końca listopadzie. Może chociaż jedna fotografię uda mi się wkleić...? Smutno tak bez żadnej...


sobota, 10 listopada 2012

Hiroshima-jou i Shichi-go-san

Kolejnego (i jedynego pełnego) dnia naszego pobytu w Hiroshimie postanowiliśmy wybrać się z rana do miejscowego zamku. Podzamkową świątynię widzieliśmy nawet z okna hotelu, więc tym razem nie wiązała się z tym żadna wielka wyprawa. 10 minut spaceru i byliśmy na miejscu. Pogoda była piękna, słońce świeciło - klimat był więc, w polskim rozumieniu tego słowa, zupełnie nielistopadowy. Zresztą nadal jest; już teraz wiem, że będzie to najpiękniejszy listopad w moim życiu. Nie ma mowy o całodziennych ulewach i szarości - wręcz przeciwnie, dopiero teraz drzewa rozkręcają się na dobre i robi się naprawdę kolorowo. Zanim zaczniecie mi zazdrościć i marudzić, że w Polsce to jest zimno, ludzie już szyby skrobią i w ogóle jest tragicznie, to chciałabym Wam przypomnieć tylko o jednym szczególe - Wy mieliście normalne lato. I nie próbujcie mnie przekonywać, że było porównywalne, bo w Polsce też przez cały tydzień (!) temperatury dochodziły do 40 stopni. Bo aż nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, jak to słyszę. Obojętnie jakich temperatur by w Polsce nie było, nigdy nie zdarzyło mi się tam oddychać wodą - a tu robiłam to przez jakieś 3-4 miesiące. Normalne lato mieliśmy na początku października, a teraz przyszedł czas na opóźnioną jesień...

Znów zgubiłam wątek. Mniejsza z tym. W każdym razie, poszliśmy zwiedzić zamek.



Czekało na nas na miejscu parę niespodzianek.

Po pierwsze: odbywał się pod zamkiem jakiś festiwal chryzantem czy co to tam było. Wiadomo, symbol Japonii, zwłaszcza rodu cesarskiego, a że widocznie akurat teraz kwitnie, to Japończycy wyczyniają z tymi kwiatami cuda. Im się to pewnie kojarzyło patriotycznie, ale dla mnie wyglądało jak przycmentarne stoiska we Wszystkich Świętych. Z drugiej strony, nie mam nic ani do cmentarzy, ani do Wszystkich Świętych, a już na pewno nie do pięknych kwiatowych dekoracji - więc chociaż bawiło mnie to porównanie i ewidentny rozdźwięk w odbiorze chryzantem przeze mnie i przez Japończyków, to podobało mi się bardzo.


Po lewej rozstawiają się chryzantemowe stoiska

Absolutnie Najpiękniejsza Dekoracja
Daniele ;)



Mniejsze prace konkursowe
Drzewo, które przeżyło wybuch bomby - tak, tak, w Hiroshimie od bombowej tematyki nie da się uciec...
Spalony bombą fragment drzewa



Po drodze do zamku odkryliśmy również chram shintoistyczny. I wprawdzie była sobota, ładna pogoda i chram pewnie jest całkiem znany, skoro znajduje się w takim miejscu, ale i tak wydał mi się jakoś podejrzanie zatłoczony... No i te dzieci w kimonach? Czyżby shichi-go-san?