niedziela, 15 kwietnia 2012

Wielkanoc

Święta były już dobry tydzień temu, wiem. Ociągam się strasznie z tym pisaniem... Ale w ubiegły poniedziałek zaczął się tu nowy rok akademicki, co wiązało się dla mnie z koniecznością wyboru przedmiotów (a żeby wybrać, trzeba się na ich jak największej ilości pojawić i zdobyć podpisy...), szukania pracy (mission completed: mimo ogromnych oporów pana z biblioteki dostałam w niej pracę, póki co na próbę. "Yatte mimasho"), pojawiły się też zadania domowe i konieczność dłuższej nauki niż przez ostatni miesiąc (nie oszukujmy się, od 15. marca miałam wakacje). To, że życie w I-Housie tak mi się podoba i we własnym pokoju już tylko sypiam - nawet komputer trzymam we wspólnym... - nie za dobrze wpływa na kondycję moich blogów. W każdym razie, czas na krótką fotorelację z mojej pierwszej (jedynej?) japońskiej Wielkanocy.

Jak wspominałam już w poprzednim poście, tym razem wybrałam się do innego kościoła. Miałam wprawdzie ochotę iść do tamtego, starego, który zdążyłam już polubić, ale z okazji Świąt większa grupa gajdziństwa postanowiła pójść na mszę - a przecież nie będę iść sama, skoro mogę pójść z grupą, w dodatku taką, którą bardzo lubię. I-Housowa ekipa była zaledwie trójnarodowościowa: dwoje Włochów (Cecca i Valerio, który został w tę msze poniekąd wkopany - Cecca dorwała się do jego Skype'a i obiecała jego mamie, że zabierze go do kościoła), dwoje Niemców (Tobi i Daniel) i dwoje Polaków (Andrzej i ja). Do tego chłopak Cecci, który jest Niemcem - więc dobrze wpisywał się w schemat.
Wyszliśmy z domu godzinę przed mszą. Tylko Cecca i ja mamy rowery, więc postanowiliśmy, że pójdziemy pieszo... I, oczywiście, spóźniliśmy się 10-15 minut. Kitaoji - dzielnica, zdawałoby się, niedaleka (tam ostatecznie zarejestrowałam rower) - jest jednak o wiele dalej, niż nam się wydawało.

Kościół prezentuje się o wiele ładniej od tego "domku" z Koyamy:





Zdjęć we wnętrzu, niestety, nie zrobiłam.

Sama msza była w 100% podobna do polskiej. Nie zauważyłam żadnych znaczących różnic. W przeciwieństwie do Koyamskiej parafii, brało w niej udział dużo młodzieży i dzieci. Ja nie wiem, skąd oni ich biorą? Niby 1% populacji, a kościół pełen po brzegi ^^.

Chociaż nie, jedna różnica była. Miał podczas mszy miejsce wypadek - trochę straszny, choć bez tragicznego końca. Starszy pan, siedzący w jednej z ławek... Nie wiem za bardzo, jak to określić. Zamarł? Zemdlał? Zasłabł? Głowa opadła mu do tyłu i nie dało się z nim nawiązać żadnego kontaktu. Ludzie próbowali jakoś go ocucić - nic z tego. W końcu położyli go na ławce i zaczęli robić masaż serca i sztuczne oddychanie...
Przypomniała mi się analogiczna sytuacji z mojej własnej, bydgoskiej parafii, sprzed kilku lat. Też starsza pani zemdlała, też była nieprzytomna i też wyglądało to przerażająco. Różnica polegała na tym, że ksiądz, który prowadził właśnie mszę, prowadził ją dalej jakby nigdy nic. Wprawdzie moje parafialne wtyki doniosły mi, że ministranci dostali odpowiednie polecenia, ale patrząc z zewnątrz można było uznać, że ksiądz udaje, że niczego nie widzi. Skończyło się to tym, że przyjechało pogotowie, weszło do kościoła (!) i w kościele (!) zaczęło badać pacjentkę. Przeciskając się między ławkami i oczywiście absolutnie, w najmniejszym nawet stopniu nie rozpraszając niczyjej uwagi. Ostatecznie wynieśli panią z kościoła, a chwilę później zespół muzyczny zaintonował wybitnie radosną pieśń na wyjście. Show must go on!
W Kitaoji wyglądało to zupełnie inaczej. Ksiądz, gdy tylko zauważył, co się dzieje, przerwał kazanie i podszedł do starszego pana. Ktoś zadzwonił po karetkę, ktoś inny zajął się organizowaniem przestrzeni, żeby można było chorego spokojnie wynieść na zewnątrz. My - spóźnione gajdziństwo,  które siedziało w przejściu na dostawianych krzesełkach - musieliśmy się wycofać, odłożyć krzesła na bok i wyjść na zewnątrz. Przyjechała karetka, ratownicy wywieźli chorego na zewnątrz, tam szybko go zbadali i zabrali do karetki. Szczęśliwie starszy pan tuż przed zabraniem go do karetki odzyskał przytomność i chyba nawet chciał, żeby dali mu spokój - ale pogotowie się nie dało i zabrało go do szpitala. Po czym wróciliśmy wszyscy na swoje miejsca, a ksiądz, pomijając kazanie, przeszedł do dalszej części mszy... Dopiero na ogłoszeniach parafialnych powiedział coś w rodzaju: "No tak, dzisiaj nie udało mi się powiedzieć kazania do końca, ale jego główne przesłanie miało być takie a takie". Voila, gotowe... Tak po prostu, po ludzku.



Po mszy na plebanii odbył się piknik. Japończycy nalegali, żebyśmy poszli, postanowiliśmy więc, że pojawimy się tam na chwilkę, jakieś 15 minut... Zostaliśmy chyba z 2 godziny. I prawie cały ten czas jedliśmy ^^.

Jeszcze przy wyjściu z kościoła dzieci rozdawały jajka. Ładnie zapakowane, czasem nawet ozdobione kwiatkami :).

 

Później - po jakiś dwóch kawałkach ciasta - zostaliśmy zaproszeni na plebanię. Zaczęło się od talerzyka z warzywami.


Później do akcji wkroczyły owoce (co jest tu niesamowitym luksusem - owoce są tak drogie, że w ogóle ich nie kupuję)...


...kare raisu, czyli ryż curry...


...buta-shiru, czyli (no, powiedzmy) zupa wieprzowa...


...spaghetti bolognese...



...i matcha, czyli specjalna odmiana zielonej herbaty, używana do ceremonii herbacianej. Rzecz jeszcze bardziej burżujska niż owoce.



Kolejny raz, kiedy najedliśmy się do pełna (a nawet bardziej...!) za darmo. Co, oczywiście, bardzo nas ucieszyło :).

  
Od lewej: Japończyk, który znał pełno języków, w tym nawet trochę polskiego, Tobi, Andrzej, Daniel i Valerio

A kiedy już (w końcu...) skończyliśmy jeść, nadszedł czas na... bingo!



Ku naszemu (Andrzej i mojemu) wielkiemu wzruszeniu, wśród nagród pojawiła się nawet koszulka z godłem Polski.


Nikt się na nią, niestety, nie skusił. Nawet ja. Wybrałam sobie za to pudełko kolejnego deficytowego produktu, czyli czekoladek.


A na sam koniec miał miejsce mały występ artystyczny. Nie rozumiem wszystkiego, ale ogóle przesłanie piosenki jest takie, że Jezus jest Bogiem i jest najfajniejszy. Miłego słuchania! :)


poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Japoński katolicyzm

Jestem wprawdzie trochę spóźniona - u mnie jest już poniedziałek - ale chciałam życzyć wszystkim radosnych Świąt Wielkiejnocy!

Ci, którzy mnie bliżej znają, wiedzą, że należę do osób stosunkowo religijnych. Nie pójście do kościoła w Wielkanoc było w moim przypadku absolutnie wykluczone. Zresztą, nawet nie chodzenie co tydzień na mszę... Niby częściowo pogodziłam się z tym, że jeśli okaże się to niemożliwe, to trudno, nie będę jeździła przecież na drugi koniec miasta - ale wcale mi się ta myśl nie uśmiechała. Smutno tak jakoś. 

Problem w tym, że "japoński katolicyzm" praktycznie nie istnieje. Japończycy w olbrzymiej większości wyznają shinto i buddyzm, przeważnie zresztą oba naraz... Chrześcijanie stanowią tu jakiś 1% populacji. Dodając do tego fakt, że połowa tego to pewnie protestanci, znalezienie w pobliżu katolickiego kościoła wydawało mi się prawie niemożliwe.

Poszłam poradzić się do pani Masy z recepcji. A jaki kościół mi potrzebny? A, katolicki? Ach, tak - no to ona skontaktuje się z panem Paulem (szefem całego tego projektu wymianowego). Tego samego dnia wieczorem znalazłam w skrzynce mailowej maila od pana Paula, z danymi trzech kościołów, które zna. Ale niestety - kiedy wpisałam ich adresy w google maps doszczętnie się przeraziłam. Wszystko to było tak daleko...! Dojazd drogi. Nawet rowerem byłoby daleko. Co tu zrobić...?

W sumie nie pamiętam już dokładnie, co zrobiłam. Przybliżyłam mapę i skanowałam, kawałek po kawałku, okolice Kyoto Sangyo Daigaku? Prawie zdecydowałam się na kościół w Kitaoji i przypadkiem znalazłam kolejny? W każdym razie, jakimś cudem odnalazłam na mapie mały kościół, do którego spokojnie mogłam dojść pieszo spod Kamigamo Jinji. Ta pierwsza niedziela tu była dość wyjątkowa, bo nie miałam jeszcze roweru, za to pod Kamigamo wyjątkowo, mimo niedzieli, jeździł shuttle bus. Jak na jeden raz mnie urządzało. A potem... A potem niezbędny mi był rower. Który, jak wiecie, zdobyłam ;).

Dzień czy dwa przed mszą wybrałam się na małą wizję lokalną, żeby upewnić się, że ten kościół naprawdę istnieje, a nie jest tylko wymysłem googli. Z aparatem, oczywiście.

Kościół - trzeba to przyznać - urodą nie powala. Wygląda w sumie jak normalny, dość brzydki dom...


...ale ma jednak pewien charakterystyczny znak rozpoznawczy.


Z podwórza, na które jakimś cudem ośmieliłam się wtargnąć, można wejść do trzech pomieszczeń. Znaki niby znam, ale... Cóż, raczej nie uczyliśmy się na zajęciach terminologii obowiązującej wśród japońskich katolików. Robię więc zdjęcia wszystkiemu, czego tu nie rozumiem, żeby w domu móc to na spokojnie sprawdzić. Tutaj seido, czyli kościół, sanktuarium...


...shisaikan, czyli dosłownie "pomieszczenie z księżmi", obstawiam więc dom parafialny...


...i dendoukan, czyli sama nie jestem pewna co. Salka katechizacyjna? Zapewne...


A dzień czy dwa później, w niedzielę, poszłam na mszę. Spodziewałam się wielu gajdzinów - no bo przecież w Japonii katolicyzm nie istnieje, prawda? A tu zonk. Sami skośni. Kiedy minął mi pierwszy szok dostrzegłam w jednym z pierwszych rzędów jedną białą kobietę, po mszy też mężczyznę. Wszystko. Reszta to Japończycy.

Japońskie Ave Maria...

...i Ojcze Nasz.
Dostałam śpiewnik, rozpiskę mszy, kartkę z modlitwami, gałązkę palmową i starałam się nadążyć za tym, co się tam działo. Trochę ciężko było mi się połapać w tych wszystkich kartkach, ale jako tako dawałam sobie radę. Nawet ludzie nie przyglądali mi się jakoś szczególnie natarczywie... Od czasu do czasu ktoś mi coś podał, coś podpowiadał etc. - ale nikt nie patrzył na mnie jak na aliena. To znaczy, dopóki trwała msza...
Bo gdy tylko msza się skończyła, wyszła na środek "pani od ogłoszeń". A że to mała wspólnota, to doskonale zauważyła, że przybył ktoś nowy. Oprócz mnie był jeszcze jeden chłopak, Azjata... Pani poprosiła nas o przedstawienie się. Chłopak coś wyburczał (kolejny moment, w którym dochodzę do wniosku, że zupełnie nie znam japońskiego...), po czym przyszła kolej na mnie.

Tak szczerze... Uwielbiam to, że nikt tu nie oczekuje ode mnie, że będę umiała mówić po japońsku. Wszyscy na pierwszy rzut oka widzą, że Japonką to ja nie jestem - a skoro tak, to pewnie jestem Amerykanką i nie mam o japońskim pojęcia. Więc kiedy zaczynam mówić, czasem wysilając się nawet na jakieś mądrzejsze formy tudzież keigo, patrzą na mnie z taką mieszaniną radości i zdumienia na twarzach... A potem przychodzi czas na "jak ty wspaniale mówisz po japońsku!". Nic to, że tylko się przedstawiłam, powiedziałam skąd przyjechałam etc. Ale wspaniale! O, i to jest motywacja do nauki... :)

Tu, oczywiście, nastąpiło to samo. Msza się skończyła, a Japończycy po kolei podchodzili do mnie, zadając mniej więcej te same pytania. Wspaniale mówisz po japońsku! Polska, tak? O, to daleko. A, studiujesz na Kyoto Sangyo? A gdzie mieszkasz? W akademiku? Z innymi gaikokujinami? Och, to wspaniale! A ile uczyłaś się japońskiego? Jedna pani poinformowała mnie, że też uczy japońskiego, ale początkujących. Inna, że była w Polsce, w Auschwitz (przy takich informacjach jestem nieźle skonsternowana - ja NIE byłam). Inna zapytała, czy w Polsce mówi się po angielsku. Cała wspólnota zabrała się za sprzątanie kościoła, a kiedy zapytałam, czy mogę jakoś pomóc, dostałam do ręki odkurzacz - ale i tak co chwilę musiałam go wyłączać, bo ktoś podchodził i zagadywał...

Bardzo, bardzo pozytywne wrażenia. Wracałam stamtąd w doskonałym humorze.

Pozwolili mi nawet, bez najmniejszego problemu, zrobić zdjęcia w środku :).



Tablica z rozpiską pieśni, których należy szukać w śpiewniku. Bez problemu umiem odczytać tylko "pieśń na wejście" i "pieśń na wyjście" ;).


Na Wielkanoc poszłam jednak do innego kościoła - bo zebrała się nas większa grupa, która wolała iść dalej na 11, niż bliżej na 9. Ale o tym następnym razem, bo budzik mi dzwoni i muszę przyszykować się do pierwszego dnia zajęć. To be continued...

piątek, 6 kwietnia 2012

Kupiłam czarny rower...

...co w Japonii wcale nie jest taką prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać. No, ale po kolei.

Jeszcze zanim tu przyjechałam postanowiłam, że kupię sobie rower. Nic specjalnego - taki, żeby miał dwa kółka, ramę, hamulce i porządny łańcuch. Żebym nie bała się na nim jeździć. Od znajomych słyszałam, że to wcale nie jakiś wielki wydatek, a nawet można na tym sporo zaoszczędzić...
I rzeczywiście, już pierwszego dnia przekonałam się, że jeśli nie zamierzam zbankrutować, to rower jest mi absolutnie niezbędny. Każda kolejna wycieczka do miasta tylko mnie w tym poczuciu utwierdzała. Wprawdzie do pobliskiej Kamigamo-jinji jeździ spod uczelni bezpłatny shuttle bus, ale jakakolwiek dalsza wycieczka oznacza wydatek przynajmniej 220 jenów - w jedną stronę. Łącznie 440 jenów (przynajmniej...), czyli około 16 zł. A biorąc pod uwagę, że dzienna kwota "do zużycia" miała wynosić ok. 1000 jenów... Cóż, niespecjalnie uśmiechało mi się przeznaczanie połowy tej kwoty na dojazdy. Zwłaszcza w miejsca, do których wcale nie mam daleko i na upartego mogłabym do nich nawet iść pieszo, tylko reszta grupy musiałaby na mnie poczekać z godzinę... Moje ostatnie wątpliwości rozwiała sprawa kościoła, który jest za daleko, żeby iść do niego pieszo, a jednocześnie zdecydowanie za blisko, żebym za wyjazd na mszę miała płacić co tydzień 16 zł. Kupuję rower!

Miałam sporo szczęścia, bo znajoma z I-Housu miała właśnie rower na zbyciu. Nie jej, kolegi. A może kolegi kolegi. Nieważne. Grunt, że kosztował nędzne 4000 jenów. Kupowałam go, prawdę mówiąc, w ciemno i zupełnie nie w tej kolejności co trzeba: najpierw powiedziałam, że raczej go chcę, potem zobaczyłam jego zdjęcia, zdecydowałam, że kupuję, a dopiero na końcu zobaczyłam go na żywo...

'It's so good! Oh - it has no gears, but even then it's great! I came all the way up here from Kamigamo-jinja, which is like, you know, up and up all the time, and it was so good! God, it's better than mine!'

Koleżanka się emocjonowała. Mnie informacja o braku przerzutek trochę zaniepokoiła, ale szybko ją zignorowałam. E tam. Jak Checa mówi, że jest dobry, to widocznie jest. A nawet jeśli, to 4000 jenów to naprawdę mega dobra cena... Cindy kupiła swój pierwszy za 4500, po czym miała dwie pany... yyy, gumy znaczy... i zderzenie z motocyklem. Kolejny, solidny, kupiła za 7000. A mój jest i solidny, i tani, ha!


Ale niestety, jesteśmy w Japonii, więc wszystko musi być bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Otóż tu rowery się... rejestruje. Jak samochody. Policja ma ponoć zwyczaj zatrzymywać rowery i sprawdzać, czy są zarejestrowane i do kogo należą. I lepiej, żeby nie okazało się, że jeździ się na cudzym albo, co gorsza, niczyim...

Miałam iść do tej rejestracji z Checą. Ale wczoraj niesamowicie przeciągnęły nam się formalności związane z wyrabianiem ubezpieczenia zdrowotnego i gajdzin-karty (外国人登録証明書[gaikokujin toroku shomeisho], znane również - oficjalnie! - jako Alien Registration Card), więc kiedy wróciłam do domu, byłam już zbyt zmęczona na chodzenie gdziekolwiek. Byłam zresztą przekonana, że wszystko będzie już zamknięte. Powiedziałam, że zrobimy to dzisiaj i poszłam spać... Tyle tylko, że Checa zaginęła w akcji. Szukałam jej dziś pół dnia i dopiero przy obiedzie dowiedziałam się, że pojechała na wycieczkę do Nary. Mogłam przełożyć akcję na jutro albo zabrać się za to sama. A że czas mnie goni - muszę jak najszybciej wystąpić o pozwolenie na pracę dorywczą - wybrałam tę pierwszą opcję...

Checa mówiła coś o policji, przypomniałam sobie. Ok. Znalazłam na mapach google najbliższy posterunek i pojechałam.

Pan policjant był miły, lekko podstarzały i absolutnie nie był w stanie zarejestrować mojego roweru. Nie, nie, to tylko sklepy z rowerami. Policja się tym nie zajmuje. Hmmm, właściwie to jak rower jest zarejestrowany, a zmienia się tylko nazwisko właściciela, to chyba nie muszę go rejestrować jeszcze raz. Ale z drugiej strony, gdyby coś się stało, to lepiej, żeby rower był zapisany na mnie. Hmmm, no tak. Tu za rogiem jest sklep z rowerami, zajmie mi to minutę. Prosto i w lewo. W lewo. Lewo. Wcześniej prosto. Tak? Gajdzin zrozumiał? W lewo. Prosto i w lewo.

Gajdzin zrozumiał, więc pojechał prosto i w lewo. Zanim jeszcze zdążyłam porządnie zaparkować rower wyszedł ze sklepu kolejny pan - nieco mniej podstarzały i zdecydowanie mniej miły.
 - Dzień dobry, chciałam zarejestrować rower - powiedziałam.
 - Eeee?!
 - CHCIAŁAM ZA-RE-JE-STRO-WAĆ ROWER.
 - mbdwdmk?
Hmm, mój japoński jest najwyraźniej słabszy, niż mi się wydawało. No ale nic. Jedziemy dalej:
 - Kupiłam go od przyjaciela, dostałam od niego taki dokument...
 - Eeee, co to? Mbdwdm... Wejdź.
Weszłam.
 - Co tu jest napisane? To nie ten numer! Tu! TU! Ten sklep ma taki numer! Na kartce jest inny numer! Ten sklep nie ma związku!!!
 - Aaaa... Aha.
 - Nie zarejestruję ci tu roweru!!!
 - Aha. Rozumiem.
 - Nie tutaj!
 - Ale byłam na policji i pan mi powiedział, że...
 - Czemu, mdwdmdbb wmdtam mgifw atyrdhc bjksd yrijdcv dyyuoxnc bnfgduqidlvheyk yueydj xbncfghdc xvsejy urusai!
O, zrozumiałam ostatnie słowo. Znaczy: "głośny". Albo: "wkurzający". Albo: "zamknij się". Miałam nadzieję, że pan sprzedawca nie kazał mi się właśnie zamknąć, tylko wkurza się na policję, że odsyła mu tu niezorientowanych gajdzinów z KSU...
Całe szczęście, dalej było trochę lepiej. Niesympatyczny pan, będący absolutnym zaprzeczeniem stereotypowego (i zresztą normalnego) japońskiego sprzedawcy, wykonał kilka telefonów, zorientował się, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie powinnam jechać i nawet uruchomił google maps, żeby pokazać mi drogę. Okazało się, że muszę jechać do sklepu, w którym rower został zakupiony. Całe szczęście, Sandrine, kimkolwiek był, kupił go niedaleko, w Kitaoji... Z ulgą uciekłam z tego sklepu, goniona gromkimi okrzykami sprzedawcy: Tutaj nie!

Właściwy sklep, ten w Kitaoji, odnalazłam bez większych problemów. Tam z kolei obsługiwał mnie młody chłopak - na oko w moim wieku, czyli pewnie 10 lat starszy. Ten, w przeciwieństwie do niesympatycznego dziada, który nie wysilił się nawet na zwracanie się do mnie w formie uprzejmej (desu, masu), mówił do mnie w keigo, czyli języku honoryfikatywnym. Takie "nasz klient, nasz pan", tylko że w warstwie językowej... Tak, oczywiście, zarejestrują mi rower. Ale to kosztuje. 500 jenów. Co szanowna klientka postanawia? Zarejestrować? Oczywiście. Proszę chwilę poczekać... Napompował mi nawet koła. A na koniec stał przed sklepem, aż odjechałam. Pewnie jeszcze się do tego kłaniał. Nie widziałam go, niestety. W końcu jechałam na rowerze...

Tak więc operacja jitensha toroku została zakończona sukcesem. Rower jest w 100% mój. Ma nalepkę z numerem identyfikacyjnym... I jeszcze jedną z logiem I-Housu, bo przecież w Japonii TRZEBA do kogoś należeć, a nie istnieć jako jakaś tam samodzielna jednostka. Hamulce trochę skrzypią, przerzutek brak... Ale jeździ i nie mam wrażenia, jakby miał się zaraz rozpaść, więc chyba nie jest źle. Źle to jest z moją rowerową kondycją. Pedałowanie pod górkę mnie wykańcza... 
No nic, praktyka czyni mistrza. Przyzwyczaję się.



I nawet mam koszyk, ha!

wtorek, 3 kwietnia 2012

春が来た・・・

Haru ga kita, czyli przyszła wiosna. Właściwie nie tyle przyszła, co była tu od kiedy przyjechałam... W Polsce podobno nastąpił powrót Buki i męczycie się z temperaturami w okolicach zera. Tu temperatura spokojnie dobija do 15 stopni... A przyroda rozkwita.
Sakury, czyli pięknej, kwitnącej wiśni jeszcze nie ma. No i dobrze. Sakura jest oczywista i przysłania wszystko inne. A tak miałam jedyną w życiu (zapewne) okazję, żeby zobaczyć japońskie przedwiośnie, które tam mi się podoba po tej długiej, burej zimie!

Zdjęcia zostały zrobione nad rzeką Kamo, w okolicy której mieszkam. Trudno zresztą, żebym mieszkała gdzie indziej - to główna rzeka Kioto i przepływa przez całe miasto.




 W Japonii też mają szafirki... *-*











Żywy symbol Japonii:



I najlepsze - drzewo sakury, które powoli zaczyna kwitnąć...


...a na nim ostrzeżenie: To jest gałąź sakury. Uwaga na głowy.


No i rzeczona sakura, tym razem z bliska. Ładnie się to zapowiada, nie powiem...