środa, 4 lipca 2012

Czerwiec

Moje plany bardziej regularnego dodawania wpisów w czerwcu zakończyły się, jak widać, stuprocentową porażką. Tym razem nie łudzę się nawet, że w lipcu będzie dużo lepiej. Nadciąga sesja (kto wytłumaczy mi, dlaczego w Japonii sesja przypada na najgorętszy okres w roku? Kiedy wszyscy - podobno - umierają z gorąca i udaje im się jakoś dociągnąć do jesieni tylko dzięki eakon*?). A to oznacza sporo czasu spędzonego nad Anki, pracami semestralnymi, starymi kserówkami... I nieszczęsną Nihon shisoshi - czyli, dajmy na to, "historią myśli japońskiej". Która może i jest ciekawa i wykłady same w sobie nawet lubię, ale do zdania egzaminu z tego przedmiotu niezbędny będzie mi cud...

Tak czy inaczej, przepraszam znów za długie milczenie. Tym razem wynikło głównie ze spraw natury bardzo prywatnej, bo uczuciowej; szczegóły pominę, nic to albowiem do rzeczy nie przyda, jak mawiał mój były polonista. Osoby, które tych szczegółów nie znają, proszę o uwierzenie mi na słowo - naprawdę nie miałam głowy do pisania.

A z drugiej strony, nic szczególnie niezwykłego się w tym czerwcu nie działo...

Czym więc żył I-House - i Ania w I-Housie - przez ostatni miesiąc?

Tobi pod koniec meczu Niemcy-Włochy
  1. EURO 2012
    Taaak, to chyba drugi w kolejności powód, dla którego na nic nie miałam w czerwcu czasu. Na co dzień nie jestem szczególną fanką piłki nożnej, ale dla EURO i Mundialu robię wyjątek. Problem w tym, że różnica czasu między Polską a Japonią wynosi drobne 7 godzin - i to w złą stronę. Według czasu japońskiego mecze rozgrywano więc o 1:00 i 3:45... Nie oglądałam więc, oczywiście, wszystkiego (co pewnie robiłabym, gdybym była w tym czasie w Polsce). Obejrzałam wszystkie mecze polskiej grupy, usiłowałam zmusić się do kibicowania Niemcom (z dość mizernym skutkiem, szczerze mówiąc... Meczu Niemcy-Włochy akurat nie oglądałam, a kiedy internet uświadomił mi, że to Włosi wygrali, w pierwszej chwili pomyślałam: 'Wow, great job, Italy!' ;)), widziałam też pierwszy mecz Włochy-Hiszpania. To był chyba zresztą jedyny, który oglądaliśmy w tak dużym gronie: do naszego standardowego, polsko-niemieckiego stadionu (Tobi, Daniel, ja, czasem Andrzej) dołączyli Cecca i Valerio (Włochy), Rosiario (Argentyna), Erikur (Islandia) i Antti (Finlandia). Na pewien czas nawet Cindy (Nowa Zelandia), która nie ma najwyraźniej zielonego pojęcia o piłce nożnej i zabiła Ceccę pytaniem, czy każdy zespół na trzech bramkarzy... :)

    Z biegiem czasu kibicowanie szło mi coraz słabiej. Organizm rozpaczliwie zaczął domagać się snu (zaliczyłam moje pierwsze w życiu przespane zajęcia! Co nie jest tu, przynajmniej na masowych wykładach, niczym niezwykłym, ale ja jednak staram się słuchać i coś z tych zajęć wynieść...), Polska - zgodnie z moimi przewidywaniami - rozegrała tylko 3 mecze, Danielowi jakoś się odechciało zarywać kolejne noce (a naprawdę, nie będę budzić się w środku nocy dla Niemców, skoro nawet Niemiec woli w tym czasie spać! Nie mówiąc o tym, że bez Daniela nie ma streamingu...). Obejrzałam tylko jeden ćwierćfinał i żadnego z półfinałów... Sam finał chciałam obejrzeć - nie jakoś nadzwyczajnie, spać mi się chciało, no ale... Finał! Ale tym razem internet zadecydował za nas. Najwyraźniej chętnych do obejrzenia finału było o wiele więcej niż przy poprzednich meczach (hmm, ciekawe dlaczego...), bo transmisje albo w ogóle nie działały, albo obraz ciął się tak, że nie dało się tego oglądać. Wytrzymaliśmy pierwsze pół godziny. Może to i dobrze - Włosi i tak przegrali, a ja przynajmniej następnego dnia nie zasypiałam na stojąco ;).

    Zarówno Tobi, jak i Cecca deklarowali przed mistrzostwami, że jeśli Niemcy/Włosi nie wygrają, to wykąpią się w rzece Kamo. Czekamy z niecierpliwością na spełnienie obietnicy ^^.

  2.  Tsuyu
    ...czyli pora deszczowa. Straszyli nas tym od początku naszego pobytu tutaj - że leje non stop, nigdzie nie da się wyjść, nie można zrobić prania, bo nic się nie dosuszy etc. Guzik prawda. Może ten rok jest jakiś dziwny, nie wiem, ale cała ta "pora deszczowa" w czerwcu ograniczyła się do jednej ulewy i tajfunu, dzięki któremu odwołano nam zajęcia ^^. Owszem, zdarzały się deszczowe dni, ale bez przesady - tyle to i w Polsce pada. Bardziej deszczowo jest teraz, kiedy tsuyu powinna się już właściwie kończyć... Zlało mnie w niedzielę w drodze do kościoła. Brrrr. Inna sprawa, że kiedy dotarłam na miejsce Japonki załamały ręce nad tym, że nie wzięłam parasola (ok, przyznaję, to było mega głupie) i jeszcze przed mszą kazały przebrać się w bluzkę jednej z nich, mieszkającej tuż przy kościele. Zwrotu pani nie przyjęła. "Jeśli tak pojedziesz do domu, to na pewno się przeziębisz! Na pewno! Zresztą, od początku miałam zamiar ci ją dać! Pasuje do ciebie. Prawda? Prawda, że dobrze w niej wygląda?"

    Nie wiem, o co chodzi z tą nienawiścią do tsuyu. Przynajmniej da się oddychać!

  3. The wolfs game
    Dosłownie "gra w wilkołaki", mniej dosłownie - mafia. Gra znana również w Polsce, a przynajmniej mi nieraz zdarzyło się w nią grać. Tyle tylko, że wtedy graliśmy zwykłymi kartami, a tutaj mamy specjalny zestaw... Teraz nawet dwa, bo złożyliśmy się i dokupiliśmy dodatek :). Zajmuje dużo czasu, ale jest bardzo ciekawa, angażująca i bardzo ułatwia integrowanie się z ludźmi. Ostatnio zaczęłam ginąć jako jedna z pierwszych, co w pewien sposób nawet mi się podoba - znaczy, że wilki uważają mnie czasem za zagrożenie, a nie takiego sobie szarego gracza, który siedzi i nic nie mówi... Gramy w wilkołaki przynajmniej raz na tydzień. A po przybyciu nowej talii przez tydzień graliśmy praktycznie dzień w dzień, bo wszyscy tak jarali się tym, że mamy nowe karty ;).

  4. Sesja w Polsce
    Niby nie powinno mnie to dotyczyć, ale, niestety, dotyczy. Część czerwca upłynęła mi pod znakiem tłumaczenia, które było warunkiem zaliczenia translatoryki i okazało się być nieco bardziej wymagające, niż się spodziewałam. To, że żyję teraz po angielsku i japońsku, a polskiego prawie nie używam, nie ułatwiało mi sprawy. Ale kiedy już wkręciłam się w tekst i przebrnęłam przez dość trudny w tłumaczeniu początek, dalej poszło mi całkiem łatwo i przyjemnie... Podoba mi się moje tłumaczenie; podoba mi się też to, że autentycznie sprawia mi to przyjemność, więc może faktycznie zostanie tłumaczem byłoby całkiem niegłupie...?
    Tak czy inaczej, dzięki nieocenionej pomocy mojej byłej współlokatorki, Aleksandry P., znanej również jako Bebok, mój indeks został uzupełniony o wszystkie wpisy i leży sobie spokojnie w dziekanacie, czekając na przyszły rok i mój powrót. Beboku kochany, raz jeszcze dziękuję!

  5. Nara
    Kolejna wycieczka do Nary. Tym razem bez aparatu, za to z grupą z zajęć z religii. Poprzednim razem oglądałam; teraz mogłam zająć się rozumieniem tego, co widzę. Nie zobaczyłam niczego więcej niż poprzednim razem, ale dzięki Ludvik-sensei wiem nareszcie (a przynajmniej wiedziałam, bo część już zapomniałam... :P), co właściwie znajduje się w tej Horyuji...

  6. Supiichi kontesuto
    Czyli konkurs krasomówczy. Brałam w czymś takim udział raz (co niektórym czytelnikom mówi coś pewnie nazwa benron taikai...) i serdecznie dziękuję, nie zamierzam robić tego ponownie. W Japonii nikt nie zmuszał mnie do udziału; kiedy Kitagawa-sensei zapytała mnie, czy zamierzam się zgłosić, a ja zaczęłam plątać się z zeznaniach i jąkać coś o tym, że stres, że nie lubię, że może lepiej nie... - powiedziała tylko: "A, nie pasuje to do twojego charakteru?". Aż się wtedy wzruszyłam - zrozumienie dla studenta, który zbyt łatwo się stresuje! Nie jestem do czegoś takiego przyzwyczajona... :)
    Ale na konkurs poszłam. Jak zresztą prawie cały I-House. Kibicowaliśmy piątce z nas, która wzięła udział w konkursie japońskim (Andrzej, Jojo, Kaka, Fei i Jin Yae) i dwójce, która zgłosiła się do konkursu z angielskiego (Yeojin, Ryoichi). Ostatecznie edycję japońską wygrała Jin Yae, a drugie miejsce zajęła Kaka. Angielski wygrała nieznana mi Japonka, drugie miejsce zajęła za to Yeojin. Nie do końca rozumiem te wyniki - ja wybrałabym raczej Fei niż Kakę (no, ale Fei jest tu moją najlepszą koleżanką, więc może nie powinnam się wypowiadać... :P), a tego, czym kierowali się jurorzy edycji angielskiej, nie rozumiem już doszczętnie. Szkoda mi było Ryoichiego, którego jeden z jurorów potraktował średnio sympatycznie. Sam juror nieźle mnie zresztą zdenerwował swoją przemową na zakończenie konkursu, podczas której wyraźnie upajał się swoją pozycją. Czy ktokolwiek uwierzy mi, jeśli napiszę, że skrytykował uczestników za - uwaga - wymawianie japońskich nazw w japoński sposób? Bez angielskiego akcentu? Jednym słowem, 'de mikołszi' jest jego zdaniem poprawnym odczytaniem 'the mikoshi'? Jak tak dalej pójdzie to dowiem się, że jeden z japońskich skoczków narciarskich naprawdę nazywa się Szohei Toczymoto...

Prowadzący. 2 od lewej: Somu-sama.
Uczestnicy konkursu...
...razem z jurorami...
...i psychicznym wsparciem tudzież publicznością, czyli nami!
Zestaw do gry w Wilkołaki/Mafię, czyli ulubionej rozrywki I-Housowiczów :)


Po raz kolejny - Vlog Kathy. Nasza wycieczka do Nary.

I to by było na tyle czerwca. Co jeszcze...? Dużo herbaty, sporo spacerów, kilka napotkanych po drodze małp, odkrytych przypadkiem świątyń i chramów, parę 'In your face, Myomanji!', jedno wyjście do kaitenzushi i z tuzin pysznych obiadów. Niezliczone ilości pożartych lodów 'Jumbo'. Trochę paniki przedegzaminacyjnej. Sporo rozmyślań, prób ogarnięcia się, nieustanna skaipu-hara* i jedna, najtrudniejsza decyzja. Kilka istotnych zmian. Nauka? Niby kiedy?

Tak więc teraz nadszedł dla mnie czas na pełne ogarnięcie się. Egzaminy już za 2-3 tygodnie. Pierwszą pracę semestralną muszę oddać za równy tydzień, a póki co nie napisałam ani słowa. O Nihon shisoshi nie chcę nawet myśleć. Czekam z niecierpliwością na kilka punktów przełomowych. Odpadające po kolei zajęcia, kolejne pozaliczane egzaminy, a w końcu na piękny dzień, kiedy nic już nie będzie mnie goniło i będę mogła tylko odliczać dni do wylotu na Okinawę...

7 komentarzy:

  1. 私は、あなたが最後に書いたことは非常にうれしいです!私は以上の単語とあなたからのテキストを見つけることを願って定期的に相談し、ここを参照してください。私は場所と美しい天気がうらやましい。幸運 - 既にクローズ試験!あなたはすべての4つは正として記録可能性があります。
    再びそれはあなた:)のかしこを読み取ることが良かった! (translate.google.com製)
    ビドゴシチに基づいて
    I know I am malicious, but I like to play in the google translator :) :) :) :) :) :) Original at facebook.com
    Greetings! Have a nice day and lots of sun!

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym roku pora deszczowa bula BARDZO niezwykla. A w zasadzie - w ogole jej nie bylo. Lata, jak dotychczas, tez jeszcze nie ma. Nie wiem co sie z ta pogoda w tym roku porobilo, ale fajnie jest, ze nie musimy jeszcze wlaczac eakonu, bo temperatury ledwo do 30 stopni u nas dochodza - czyli w zasadzie - zadne lato ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze, Ania - w końcu jakiś wpis! Ja tu wchodzę prawie codziennie, a Ty nic nie piszesz ;) No ale się doczekałam :)

    Kasia Pe

    OdpowiedzUsuń
  4. Za to u nas pora deszczowa zagościła na dobre ;P Pozdrowienia z PL :)

    Magda L

    OdpowiedzUsuń
  5. Powodzenia na egzaminach, Aniu! xD
    To świetnie, że tłumaczenie sprawiło Ci radość - już wiemy, kto nam będzie przekładał na polski kolejne japońskie dzieła xD' haha, a tak na poważnie, tłumaczenie to świetna sprawa, zwłaszcza wtedy, gdy robi się to z przyjemnością i przynosi satysfakcję.
    A to dobre (mam na myśli to, co piszesz o konkursie) _^_

    Słoneczności dużo Ci życzę i wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam przyjemność oznajmić, że organizuję mój pierwszy blogowy konkurs! Zapraszam Cię do zabawy. Można wygrać ebook, który naprawdę mi się spodobał. Szczegóły u mnie na blogu. Pozdrawiam :)

    http://ksiazki-legera.blogspot.com/2012/07/konkurs.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeżeli w godzinach 0:00 - 11:30 próbowałaś wziąć udział w konkursie, a blog z przyczyn technicznych nie istniał, nie martw się! Strona znów funkcjonuje poprawnie. Konkurs ciągle trwa, a ty możesz wygrać wspaniały ebook. Zapraszam jeszcze raz do konkursu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę o podpisywanie komentarzy. W jakikolwiek sposób. Dziękuję :)