środa, 12 grudnia 2012

Miyajima

Krótko po naszym powrocie z Hiroshimy przyszedł do nas Christian, chcący wypytać nas o wrażenia, i powiedział, że wybiera się tam z koleżanką w najbliższy weekend.
 - A zobaczycie też Miyajimę? - spytałam.
 - Nie wiem... A co to jest? Chciała zobaczyć parę miejsc, ale nie pamiętam nazw...
 - To taka niewielka wyspa, leżąca na południe od Hiroshimy... - zaczął Daniel, ale przerwałam mu w połowie.
 - Wielkie torii w wodzie? - strzeliłam.
Christian natychmiast się ożywił.
 - A, to! Tak, koniecznie chciała tam pojechać!

No więc właśnie. Naszego drugiego dnia w Hiroshimie, po zwiedzeniu zamku etc., popłynęliśmy na Miyajimę. I chociaż naprawdę jest to niewielka wyspa położona na południe od Hiroshimy - do wejścia na prom można bez problemu dojechać (pod)miejskim tramwajem - to chyba te opisy są w tym przypadku zupełnie niepotrzebne, bo nawet osoby, które mają o Japonii blade pojęcie, gdzieś się już na ten obrazek natknęły. A nawet jeśli nie, to zdjęcie mówi samo za siebie...



Miyajima, nazywana też Itsukushimą, słynie właśnie z tego gigantycznego torii i Itsukushimy-jinji - chramu zbudowanego na palach, przez część dnia również stojącego w wodzie. Pływy są tam dość silne, więc od pory dnia zależy, czy uda nam się zobaczyć zamoczony chram, czy raczej podejść aż do samej bramy torii. My dotarliśmy tam w czasie odpływu i o ile na początku woda jeszcze jako tako się trzymała, o tyle późnym wieczorem ludzie robili już sobie zdjęcia pod bramą.
Miyajima to też jeden z "Trzech najpiękniejszych widoków Japonii", obok Ama-no Hashidate i Matsushimy (która znajduje się w regionie Touhoku, więc nikogo tam za bardzo nie ciągnie). I chyba faktycznie zasługuje na miejsce na tej liście. To jedno z piękniejszych miejsc, jakie tu odwiedziłam; w dodatku można odnieść wrażenie, że czas się tam zatrzymał. Atmosfera jest naprawdę niezwykła. Jeżeli jesteście w Japonii i macie szansę tam pojechać - jedźcie. Nie będziecie żałować.

Jako że jest to wyspa, po wyjściu z tramwaju trzeba przesiąść się w prom. Nasz, popołudniowy, był już mało zatłoczony i spokojnie mogliśmy podziwiać z niego zbliżającą się wyspę.


Wejście na prom...

...i parę widoków z promu.


 



Dotarliśmy na miejsce stosunkowo późno - dopiero około godziny 16 - co miało i dobre, i złe strony. Udało nam się uniknąć całego wielkiego, turystycznego tłumu, który właśnie kończył zwiedzanie i kierował się dokładnie w przeciwną stronę niż my. Z drugiej strony, miejscowe świątynie zamykane są wczesnym wieczorem, zobaczyliśmy więc tylko najważniejszy chram, Itsukushima-jinję. Szybko zaszło też słońce i wprawdzie zrobiło się dzięki temu nastrojowo, ale poza głównymi ulicami niewiele dało się już zobaczyć. No i zimno było...! 

Swoją drogą: na Miyajimie, podobnie jak w Narze, roi się od danieli. Porozstawiane wszędzie znaki ostrzegają, żeby nie dać się zwieść, bo to jednak dzikie zwierzęta i zawsze mogą człowieka ugryźć albo kopnąć - ale, podobnie jak w Narze, nikt nic sobie z nich nie robi. Daniele na Miyajimie również są nieco ospałe i wyrozumiale pozwalają się głaskać i fotografować ze wszystkich stron. Podejrzewam, że turyści mocno kojarzą im się z jedzeniem; nie widziałam wprawdzie sklepików ze specjalnymi "ciasteczkami" dla nich, których w Narze jest pełno, ale to nie znaczy jeszcze, że ich nie ma...

W każdym razie, na początek ruszyliśmy w stronę Itsukushimy-jinji.


 











A potem zabraliśmy się za to, co wychodzi nam najlepiej: spacerowanie po okolicy bez jakiegokolwiek planu, chłonięcie atmosfery i wypatrywanie czegoś, co nas zainteresuje. Nie bardzo mieliśmy zresztą inny wybór, skoro świątynie były już pozamykane ^^.




Taira no Kiyomori Jinja. W Japonii leci teraz drama o Kiyomorim i Japończycy są w nim prawie zakochani. Więc wykorzystuje się go do promocji wszystkiego co się da... Chociaż akurat jinja pewnie nosiła jego imię już wcześniej.





A potem zrobiło się ciemno. Itsukushima-jinja została podświetlona (wspominałam już, że Japończycy uwielbiają raito appu?), rozbłysły także kamienne latarnie ustawione wzdłuż głównej drogi. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do ostatniego promu, spędziliśmy go więc włócząc się dookoła. Zaszliśmy też do sklepików z pamiątkami i przekąskami; w jednym z nich udało mi się znaleźć cytrynowe kakigoori, którym postanowiłam oficjalnie zakończyć sezon letni. Mimo że sprzedawczyni trzy razy upewniała się, czy aby na pewno o to mi chodzi (w końcu gajdzin, to pewnie nie zrozumiał - niemożliwe przecież, żeby ktoś przy tej temperaturze miał ochotę na kruszony lód!) i patrzyła na mnie jak na totalnego kosmitę. Kupiliśmy też pyszne (i tanie!) momiji'owe ciasteczka, które są podobno lokalnym przysmakiem. Ja tam nie wiem, podobne kupiłam niedawno w Seven Eleven...



Hiroshima





Wróciliśmy na stały ląd ostatnim, wyludnionym promem.

3 komentarze:

  1. Co ma taką wielkość jak pokazujesz na zdjęciu? :) A.S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Torii miało się zmieścić, ale trochę krzywo mi to wyszło :P

      Usuń

Bardzo proszę o podpisywanie komentarzy. W jakikolwiek sposób. Dziękuję :)